Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlam posty z etykietą formy odzieżowe

w końcu...

Nadeszła wiosna. Może i nawet wczesne lato, które rozpieszcza nas ciepłem słonecznego blasku. W końcu jest ciepło. W końcu też udało mi się skończyć dziejący się zbyt długo i z dozą niepowodzeń prosty – acz nie prostacki kardigan. Kupiłam projekt, wybrałam włóczkę i zaczęłam dziergać....stosunkowo dawno temu.... Bezkres dżerseju na cienkich drutach dzieje się powoli, więc gdy po skończeniu całość korpusu okazało się, że nie trafiłam z wymiarem otworów na rękawy to sami rozumiecie delikatne rozczarowanie jakie mnie ogarnęło. Próbowałam sztukować, dzielić i markować nietrafioną część swetra  – bezskutecznie; bo im bardziej proces kombinacji technicznych nabierał tempa tym większe rozbieżności ukazywały się moim oczom.. Sprułam. Kolejne podejście okazało się porażką do kwadratu bo popełniłam ten sam błąd w tym samym miejscu....byłam już wtedy bliska rezygnacji uświadamiając sobie ilość godzin jakie zmarnowałam! Ów czas nie pozostawił mnie jednak obojętnej i dał mi podstaw...

historia pewnej włóczki

...a w zasadzie swetra, bo on jest tutaj bohaterem głównym. Zanim jednak wartka akcja jego dziania nastała w czasie leniwie i dość cierpliwie snuła się historia planu drugiego: dawno, dawno temu zakupiłam włóczkę - żadna nowość - ona sama też nie była nowością - sock malabrigo w tajemniczej i pociągającej mieszance kolorów piedras ... w r ó ć !.... pocion - dzięki słusznej uwadze okazało się, że nie tylko kolor trudno zdefiniować ale i nazwę: porządkując informacje: używałam włóczki o nazwie pocion ;) z założenia na sweter - i to jedno od początku zostało niezmienne: zmienna była tylko jego docelowa forma nie wiem czy już wspominałam, że bardzo lubię precelkowe formy włóczki stąd też zwlekam z ich przewijaniem do czasu absolutnej pewności ich przeznaczenia – ta przez ponad rok radowała mnie sowim urokiem... precelki były trzy – początkowo; w tak zwanym międzyczasie sięgnęłam po jeszcze jednego socka (a że jednego, to z przeznaczeniem na "coś" z dodatków)...

w pośpiechu

d z i a ł a m w permanentnym pospiechu nawet... wkradł się on już nawet te część dnia idealistycznie zwaną relaksem – a co za tym idzie – również dziergam w pośpiechu w pospiechu też dokumentuję moje dziewiarskie poczynania – co wkurza mnie chyba najbardziej: bo wykonanie okrążenia czy rządka w przerwie miedzy prasowaniem a zmywaniem tylko sprzyja przyrostowi dzianiny; tak kompletny brak przygotowania do zdjęcia już nie koniecznie...czasem nawet dostępne triki i markujące nieład zabiegi nie pomagają...a niestety brak mi fotograficznego oka, które z zastanej, nawet najbardziej nieprzewidywalnej rzeczywistości potrafi wydobyć to co najlepsze.... można by rzec, że to blog o dzierganiu ale sami przyznacie, że dobra prezentacja jest tym co bardziej lub mniej świadomie oceniamy w pierwszej kolejności; pragniemy mieć sami to co nam się spodoba jako całość: dzianina + modelka ( i tu już wiemy, że ja jestem z tych "napuszonych") + plener albo jego brak.... to tak w ramach w...

hmmm;/

minął maj....pełny zdarzeń i działań, które sprawiły, że zakurzyły się nieco stronice niepublikowanych i nieaktualnych już postów.... nieobecność wirtualna nie oznacza bezruchu dziewiarskiego i z dumą przyznać muszę, że udało mi się wywiązać z części nie zaplanowanych* projektów....tyle, że ambitny plan na ich prezentacje prysł z kolei w aktualności zdarzeń jak bańka mydlana...no cóż życie...zresztą wcieliła się w nie (w zasadzie sama...nieproszona) zasada, że im mniej miałam czasu tym łatwiej układam skomplikowane plany logistyczne na każdy dzień... a właśnie plany....mamy półmetek roku, czy ktoś jeszcze pamięta jego początek i to co się z nim wiąże...tak plany...właśnie...mój był jeden i zasadniczy: nie kupować włóczki, dopóki nie wykorzystam zasobów i nie przerobię zaplanowanych projektów... czy wytrwałam – wytrwałam...ale krótko, bo już w marcu kupiłam, dwa niewinne malutkie moteczki –  taniuśkie –  na skarpetki.... takie małe a udało im się przedrzeć przez skorupę wy...

paski

ostatnie refleksje w kwestii pasków były takie, że ich nie lubię...szczególnie tych szerokich; choć wiele paskowych swetrów potrafi mnie zachwycić, to poprzestaję na owym zachwycie... zanim owo stwierdzenie nabrało mocy sprawczych udało mi się  stworzyć dwa autorskie projekty "paskowe" o wdzięcznej nazwie striped code#1 i #2 , z których jestem n i e z m i e n n i e dumna. Osobiście się w  nich nie czuję ale z powodzeniem nosi je moja Siostrzenica i szczególnie w tym drugim wygląda uroczo:) a czemu o paskach: bo paski to minimum dwa kolory: a czy jak są dwa kolory włóczki to muszą być paski...no nie muszą absolutnie... sięgnąwszy do wirtualnej biblioteki wzorów znalazłam kilka ciekawych inspiracji w efekcie, których narysowałam sobie to: ....tyle, że to oznaczało z s z y w a n i e – czynność która skłoniła mnie do odstawienia dziewiarstwa na dluuugi czas... dłuuugo też więc analizowałam czy ja chcę ten projekt wcielić w życie...   * wcieliłam razem z ...

sponsor odcinka*

bez rozdrabniania tym razem pokażę dwa ukończone udziergi – radykalnie różne choć mają wspólny mianownik..... o pierwszym można by dużo pisać mniej prezentować:  prosty, długi kardigan, który miał być powiększoną wersją piasków turcji   ta sama włóczka , druty ciut większe i duuuużo więcej oczek........ założenie było takie by przody kardiganu obejmowały znacznie więcej niż plecy przy zachowaniu długiego dekoltu – postanowiłam więc oczka poszerzenia dodawać również w dodatkowej linii pomiędzy pachą a linią dekoltu....fakt iż robiłam to wszystko na oko wywołuje we mnie cień dumy, że udało się osiągnąć zamierzony cel bez prucia:) plisa tym razem nie była dorabiana tylko dziergana od początku razem i w związku z tym cały kardigan powstał w jednym kawałku, z wykorzystaniem metody contiguous starałam się zachować to samo zaokrąglenie przodów co w wersji pierwotnej choć osiągnęłam to zupełnie innymi sposobami – jedno co bym poprawiła to wykończenie samego d...