poniedziałek, 28 listopada 2016

bezzwłocznie

....są włóczki, którym zalecam leniwe leżakowanie w oczekiwaniu na projekt idealny (patrz post niżej;) – to czas – raczej długi, w którym jakość materii decyduje o finiszu
ale czasem bywa odwrotnie...pojawia się projekt, który natychmiast prowokuje nerwowe poszukiwania materii, by mógł zaistnieć już, natychmiast....

tak było i tym razem
o projekcie, na który się nastawiłam wiedziałam tyle, że to będzie chusta (tu akurat nie trudno o mój zachwyt;), i że będzie chanky – moje ubiegłoroczne odkrycie i obiekt zachwytów wszelkich: gruba włóczka i ażur!

nie posiadałam zasobów wystarczająco odpowiednich by ją wykonać a moje wyobrażenie co chciałabym mieć nie przystawało do tego co wypada mi z pudła...dylemat wyboru zweryfikowało życie: mogę tylko dokupić uszczuplając sukcesywnie zasoby...
więc dokupiłam promocyjnej włóczki andes w zupełnie nie szarym kolorze
wydziergałam, co pomimo grubości włóczki nie zadziało się w tempie ekspresowym

jednak odkąd została odblokowana nie mogę się z nią roztsać;)




S O N A Y  Justyny Lorkowskiej 
z małą modyfikacją: do części wzoru liści wprowadziłam trochę ściegu francuskiego


włóczka andes drops: pozytywnie jestem zaskoczona jak dobrze znosi eksploatację i jak przyjemnie lekko się układa
zużycie:
3,6 motka w kolorze brązowym (53010)
0,7 motka w kolorze niebiesko-szarym (7320)
druty: 7.0




miałam trochę obiekcji co do koloru i długo zastanawiałam się co mną kierowało przy jego zakupie w ilości 2 motków: ani na czapkę, ani na komin mi to nie pasowało...
nie wybrzydzałam jednak wziąwszy pod uwagę wspomniane wyżej okoliczności i dałam się ponieść temu kolorowi...dokupiony po roku andes nic a nic nie różnił się w odcieniu co w przypadku włóczek dropsa nie jest takie oczywiste...ale się udało;)
kontrastowy koronkowy border sprawił, że ten niepożądany kolor stal się fantastycznym uzupełnieniem mojej garderoby i przepięknie skomponował się chociażby z mirą....



z powstaniem tego udziergu związana jest jeszcze jedna miła okoliczność: zrobiło się zauważalne wolne miejsce  w pudłach z włóczkami...co sprzyja marzeniom o nowych;)
nie jest tak, że znikło wszystko – śmiało mogę stwierdzić, że noworoczny plan osiągnął jakieś 60%....może nie jest idealnie bo wciąż jest dużo do przerobienia ale jak widać trochę "pustki" gotowej na zapełnienie znaczy nie jest źle;)

                                                                                                       
       ☺


 

wtorek, 8 listopada 2016

historia pewnej włóczki



...a w zasadzie swetra, bo on jest tutaj bohaterem głównym.
Zanim jednak wartka akcja jego dziania nastała w czasie leniwie i dość cierpliwie snuła się historia planu drugiego:
dawno, dawno temu zakupiłam włóczkę - żadna nowość - ona sama też nie była nowością - sock malabrigo w tajemniczej i pociągającej mieszance kolorów piedras... w r ó ć !....pocion - dzięki słusznej uwadze okazało się, że nie tylko kolor trudno zdefiniować ale i nazwę: porządkując informacje: używałam włóczki o nazwie pocion;)
z założenia na sweter - i to jedno od początku zostało niezmienne: zmienna była tylko jego docelowa forma
nie wiem czy już wspominałam, że bardzo lubię precelkowe formy włóczki stąd też zwlekam z ich przewijaniem do czasu absolutnej pewności ich przeznaczenia – ta przez ponad rok radowała mnie sowim urokiem...
precelki były trzy – początkowo;
w tak zwanym międzyczasie sięgnęłam po jeszcze jednego socka (a że jednego, to z przeznaczeniem na "coś" z dodatków) wybór kolorystyczny dokonany na żywo okazał się niespodzianką....nie pamiętałam nazwy koloru jaki już gościł w moich zasobach więc sięgnęłam po to co mnie urzekło  w tej jednej, krótkiej chwili...jakże się uśmiałam sama z siebie gdy po dojściu do domu okazało się iż zakupiłam kolejny motek pocion;)))
motki były już cztery;)
jeden z nich znalazł przeznaczenie bardzo szybko i stał się częścią chusty d a n z i g

kolejne nadal czekały na swoją kolej 

dłuuuugi czas namysłu zaowocował wyborem i tu też nie będzie zaskoczenia, bo pomimo szerokiego zakresu poszukiwań zatoczyłam koło:
m i r a Justyny Lorkowskiej:
dość prosty pulower ze wzorem strukturalnym, który przepięknie wygląda gdy jest wykonany  z multikolorowych włóczek  – przynajmniej mi podoba się najbardziej;)



sweter szybko zagościł na liście moich ulubionych – ponad to, że jest eksploatowany  z upodobaniem wiele się podczas i jego dziergania nauczyłam:
stosując się do wskazówek Autorki odważyłam się przerabiać socka na drutach grubszych niż pierwotnie bym się do niego zabrała – druty 2.0 z pierwszego mojego spotkania z ta włóczką zastąpiłam drutami 3.75 – i bardzo jestem zadowolona z efektu – nie bez znaczenia jest tutaj zapewne jakość merino, które pięknie się spulchniło podczas blokowanie i całość stała się lejąca choć wciąż sprężysta


po raz kolejny przekonałam się również, że technika przerabiania nie jest bez znaczenia....


no i wreszcie – mieszałam kolory podczas dziergania
do tego jednak zostałam zmuszona przez samo malabrigo:
sock po przewinięciu w kłębki ukazał znaczne różnice w odcieniach poszczególnych motków... do tego stopnia były inne, że gdyby nie numer partii farbowania i nazwa koloru pomyślałabym, że to trzy różnie kolory...i pewnie to tłumaczy jakim sposobem zagościł u mnie 4 motek pocion;))
taka różnica nie była widoczna w formie precli co zdziwiło mnie najbardziej...choć o konieczności mieszania słyszałam wielokrotnie to nigdy nie musiałam tego robić...aż do teraz:/
przekonałam się również, że kolor w malabrigo to rzecz umowna – bo osobiście widziałam odsłonę pocion, której motywem przewodnim była zgniła zieleń....w moim zestawie to raczej bordo z nutą granatu – zestaw kolorystyczny – u n i k a l n y

 

tak czy inaczej wcielenie powyższych zasad i sugestii w proces rękodzielniczy zaowocowało swetrem, który pomimo lekkości grzewczej będzie noszony w porę zimną również;) bo od września kiedy go udało mi się wykończyć nie zdążyłam się nim nacieszyć wystarczająco;)
tymczasem nadal dziergam skarpetki....z przerwami na inne ciekawe akcesoria;) i choć planowałam krótki odskok ku łucznikowi to dzierganie wkręca mnie na okrągło....odliczam czas kolejnymi okrążeniami i ni jak nie umiem się oderwać...a potrzeby na worki, siatki czy inne etui rosną....




czwartek, 27 października 2016

urozmaicenie?



w zasadzie nie...bo będą kolejne ( i nie ostatnie;)) skarpetki

no może trochę...bo większa monochromatyczność  materii pobudziła moje fantazję i skłoniła do złamania prostych podziałów:




pojawił się niewielki żakard;)
skromny...
nieznaczący....
ale jakże ja się przy nim nadłubałam.....podczas tej karkołomnej gimnastyki coraz większy podziw wzrastał dla niezwykle misternych wyrobów mistrzyni żakardów jaką jest Tinki;)
 


technicznie:  pozostałam konserwatywna ;)
zużyłam:  kilka tyci moteczków zapasowych i 1 motek fabela w kolorze 604




i spieszę do kolejnych drobiazgów......którymi mam plan obdarowywać ..........ale o tym na razie cicho szaaaa.....