czwartek, 27 października 2016

urozmaicenie?



w zasadzie nie...bo będą kolejne ( i nie ostatnie;)) skarpetki

no może trochę...bo większa monochromatyczność  materii pobudziła moje fantazję i skłoniła do złamania prostych podziałów:




pojawił się niewielki żakard;)
skromny...
nieznaczący....
ale jakże ja się przy nim nadłubałam.....podczas tej karkołomnej gimnastyki coraz większy podziw wzrastał dla niezwykle misternych wyrobów mistrzyni żakardów jaką jest Tinki;)
 


technicznie:  pozostałam konserwatywna ;)
zużyłam:  kilka tyci moteczków zapasowych i 1 motek fabela w kolorze 604




i spieszę do kolejnych drobiazgów......którymi mam plan obdarowywać ..........ale o tym na razie cicho szaaaa.....

 

wtorek, 18 października 2016

zmienne


są kobiece upodobania;)
moje – ku wielkiemu zaskoczeniu dla mnie samej uległy wielu przeobrażeniom....
choć jedno wciąż się nie zmienia – lubię (ba!...można śmiało powiedzieć, że nawet bardziej niż lubię) gdy coś niezwykle ciepłego otula moją szyję, plecy i tarczycę, która obkurczona w procesie "lubienia ciepła" ma swoje znaczenie;)
od kilku ładnych lat jedyną słuszną formą opatulenia jest dla mnie chusta – sięgałam w ostatnim roku  po coraz to bardziej odkrywcze i nowatorskie dla mnie projekty: "kopnięte" trójkąty, paski i warkocze, super bulky lace i powrót do lace w zupełnie innym wydaniu niż ażur.....
zdecydowanie poszerzyłam horyzonty....choć to wciąż są chusty i w zasadzie z chustami to jest po prostu neverendingstory.....zawsze pojawi się projekt, który koniecznie musi dobić do przystani akcesoriów

bywały momenty w których ulegałam zachwytom nad formami  innymi niż chusta – krótkotrwała zazwyczaj fascynacja na szczęście przeobrażała się w radość obdarowanych, którzy z niemałym entuzjazmem adoptowali wydziergane przeze mnie kominy, szale i takie tam......choć były to raczej epizody udawało się uniknąć prucia....
z tych przygód pozostał i służy i jest nie do sprucia komin – otulacz bardziej –  jeden – autorski, którego spisanie obiecałam już jakiś niekrótki  czas temu....informuję, że się nie poddałam – wciąż zamierzam go spisać i zamierzam go powtórzyć bo spełnił wszystkie moje oczekiwania....

póki co....znów zrodził się pomysł na odstępstwo od form tak oczywistych jak chusta....
postanowiłam tym razem odczarować  pierwotną niechęć do małych kominów przypominających raczej mało atrakcyjny golfik....nadmiar opatulenia nie zawsze sprzyja wizerunkowi..

i taki właśnie wydziergałam....no może nie jest on taki mały...ale znacznie mniejszy do konserwatywnych wyobrażeń co powinno się wokół szyi znajdować:)

sięgnęłam po projekt Justyny Lorkowskiej Garfunkel
;)))



powstał z niezawodnej limy dropsa, która długo nie zejdzie z listy moich ulubionych włóczek:)
choć lubię ją najbardziej gdy przerabiana jest luźniej, drutami grubszymi niż zalecane 



przy wyborze wzoru wiedziałam z góry że będzie dwupak:)
choć wersja druga nie jest tak szlachetna w materii (bo to raczej stuprocentowy akryl niewiadomego pochodzenia) to kolor ma obłędnie niebieski



powstał dla Siostry i mam nadzieję, że tak samo jak mi jej również przypadnie do gustu;)



tym co przekonało mnie do tego wzoru z pośród licznych inspiracji to była możliwość rozpięcia lub raczej zapięcia w bardziej ścisłą formę golfu, no i guziki choć w obu przypadkach nienachalne są swoistą kropką nad i:)

w tych projektach po raz kolejny przećwiczyłam metodę nabierania oczek tubular co z dodatkową nitką która jest  bardziej pracochłonna od innych metod tego rodzaju, ale efekt tej jest zdecydowanie równiejszy – konkurujący z maszynowym – po prostu ładniejszy



w obu przypadkach podszkoliłam też metodę  na zamykanie oczek tubular bo
choć ją samą znam już na pamięć to wciąż budziła ona moje mierne zadowolenie z dość krzywych i pokracznych supełków jakie mi wychodziły przy zamykaniu oczek tam i z powrotem (w przypadku okrążeń jest zazwyczaj ok;)
wpadłam na to, że nie bez znaczenia jest tu sposób przerabiania: nigdy w zasadzie się w to nie zagłębiałam bo efekt oczka prawego jest zawsze taki sam w końcowej robótce...ale jak już sięga po wysublimowane techniki dziewiarskie to już okazuje się mieć znaczenie jak się te oczka przerabia a nie jak wyglądają...i tak ja posługuję się techniką kombinowaną (jak mi wygodnie czyli jak zostałam nauczona) w efekcie miłego spotkania z Autorką wspomnianych projektów poznałam namiastkę techniki rosyjskiej...kilka razy przećwiczyłam, potem zaniechałam bo "moją" jest po prostu szybciej...
przypomniałam sobie o niej przy rozważaniu powyższych dylematów technicznych – przetestowałam raz jeszcze i moim oczom ukazał się równiutki brzeg tbo. 
Dziękuję Justyna;) 



te szybkie udziergi na nowo rozpaliły moje fascynacje wieloletniego hobby jakim  jest dziewiarstwo ręczne, które nie przestaje rozwijać i zaskakiwać nawet tak zakręconej i sfiksowanej maniaczki wełny jak ja;)


wtorek, 11 października 2016

inspiracja



potrzebujemy jej czasem wszyscy by ruszyć z punktu zero
czasem trafiamy na to coś w efekcie usilnych i może nawet mączących poszukiwań
czasem potrzebny jest po prostu sam czas
a czasem nie szukamy a znajdujemy i tak właśnie zaczęła się moja przygoda z krótkometrażowymi projektami, których rozpoczęcie ogłosiłam z początkiem jesieni
akcesoria otulająco-grzejące
niekoniecznie i nie tylko na górnych partiach ciała się odnajdujące (...ale mi się zrymowało;))

marznie nie tylko głowa i szyja...marzną też (przynajmniej mi) stópki
a że planowałam mieć własne skarpetki od dawna; a od niedawna z wielu internetowych zakamarków takie czy inne projekty podsycały moje pragnienie posiadania tłumaczone zapotrzebowaniem; sumując to wszystko z mega okazyjnymi zakupami włóczki ściśle skarpetkowej rozpoczęłam proces rękodzielniczy:

na razie są pary dwie:

pierwsze – inspirowane skarpetkami Beaty
ciao mondial w energetycznych kolorach było już w moim posiadaniu, a resztki żółtego socka z zagrody skazane na wieczne zaleganie dzięki tej inspiracji wyrwały się z czeluści resztek...





...i jakąż mi to sprawiło radość, że choć powoli i nieznacznie ale przybywa wolnego miejsca, które z czystym sumieniem będę mogła wypełnić nowymi nitkami...


włóczka bazowa też była dla mnie miłym zaskoczeniem – niby wełna skarpetkowa ale blokowanie wydobyło z niej ukryty rys szlachetności 
 

 
technicznie: skarpetki powstały od palców, pięta formowana za pomocą rzędów skróconych;
dość popularna jest inna technika wykonywania klinu pięty, ale ja póki co jestem przywiązana do pierwotnej inspiracji skarpetkowej jaką znalazłam dawno temu u Izy
 




włóczka: ciao mondial 241, zużycie 0.5 motka + resztki sock z zagrody
druty: 2.5

kolejna para też okazała się miłym zaskoczeniem – a właściwie włóczka z jakiej ją głównie wykonałam:


Strømpegarn – włóczka zakupiona stacjonarnie w duńskiej sieciówce tiger – zbiorowisku pomysłów nie tylko na dekoracje domu
nie ukrywam, że głównym argumentem by po nią sięgnąć była niewielka cena za atrakcyjny skład surowcowy – ów skład mnie urzekł właśnie bo włóczka okazała się być niezwykle ciepła a ponadto niegryząca
jak i pierwszą parę ta również postanowiłam wzbogacić kolorem kontrastowym ( o ile szary taki może być;) wykorzystując resztki (ulubione aktualnie stwierdzenie;)) arwetty classic w dwóch odcieniach szarości
zużycie: 50g włóczki bazowej + resztki wspomniane, druty jak wyżej, technika wykonania jak wyżej




jestem zadowolona z tych drobiazgów dziewiarskich i już w głowie mam pomysły na kolejne... a i kłębuszków do wykorzystania jest kilka/naście....nic, tylko dziergać....
motywacja dodatkowa jaką jest rozmiar pozwalający pomieścić w torebce prawie gotowy projekt zachęca mnie jeszcze bardziej;)


poniedziałek, 3 października 2016

jesień


jestem do niej wyjątkowo przygotowana: 3 swetry (jeden wciąż oczekuje publikacji...hmmm) i jedna chusta – n o  w a ! – dodam, bo przecież reszty się nie pozbyłam;)
w związku z tym nie mam co dziergać? – żart;) pewnie, że mam – zawsze mam!
podobnie jak Marzena dałam sobie czas na formy mniejsze, otulające pozostałe po korpusie marznące części ciała...
proces rozpoczęty czeka na finisz i dokumentację...


cieszy mnie niezwykle fakt, iż planowo będzie wraz z nim ubywało zapasów...tych noworocznych...wiecie;)
tym bardziej, że miejsca potrzebują nowe precelki:






przecudnej urody baby silkpaca od malabrigo i włóczka meme w pieknym kolorze dojrzałego, iglestego lasu – autorska farbowanka Iwony – właścicielki motkomanii 

pozostawiam je w nienaruszonej formie (póki co) by dojrzały do odpowiedniego dla nich projektu....a przez ten czas będę świadomie kontemplować ich urodę.....