poniedziałek, 14 marca 2016

15 gramów

co robisz jak zostaje Ci po skończonym projekcie 15 gramów włoczki?

ja to w sumie nie wiem co z takim czymś (nie/małym*) zrobić?

w przypadku włóczki, która będzie główną bohaterką dzisiejszego postu to 15** metrów....
dalej nie wyobrażam sobie do czego to się jeszcze  może nadać
a jak brakuje pomysłu od zaraz to zazwyczaj nie dopuszczam przypływu emocji w stylu "szkoda..." i bezrefleksyjnie w y r z u c a m
dzisiaj z całą stanowczością obiecuję (sobie przede wszystkim), że zrobiłam to po raz ostatni...
dlaczego?
bo te 15 sprzeniewierzonych gramów zaoszczędziło by mój czas i sprawiło by prezentowany poniżej wrób byłby w pełni doskonały...
ale od początku:
jakieś kilka lat temu – zupełnie namacalnie wydobyłam z magazynów e-dziewiarki intrygującą i ciekawą włóczkę d r o p s a, która  przykuła moja uwagę strukturą i kolorem. Z założenia wstępnego miała stać się ciepłym zimowym akcesorium – z naciskiem na formę komina...
Jak to jednak z włóczkami bywa przeleżała swój czas, w tym czasie zmieniały się koncepcje i zapatrywania, a zdecydowanie na konkretny projekt przychodziło coraz trudniej...w końcu na wszystko zrobiło się za późno...owa włóczka z serii limitowanej już dawno przestała być dostępna gdziekolwiek...więc nie było mowy o dokupieniu...
w tak zwanym międzyczasie  próbowałam nadać jej kształt autorski – każdy kolejny nietrafiony...
niechętnie pogodziłam się z trzema kłębami drops loves you II i skoro tak chcą niech zostaną kłębami...

nadchodziły walentynki i z każdym kolejnym dniem kolejny prezent od Justyny w postaci zniżki na wybrany projekt, a  wśród nich m a y a – chusta!!! idealna do moich kłębów



idealna jako weekendowy przerywnik; grube druty (7.0), zagospodarowane zapasy – czego chcieć więcej?



uradowana szybko widocznymi postępami zbliżałam się ku końcowi – nagle mój entuzjazm opadł gdy zorientowałam się, że włóczki zaczęło ubywać niewspółmiernie do przybywania chusty


zanim wpadłam na istotę problemu, to pomyślałam sobie wpierw, że ze wzorem jest coś nie tak  – ale próbka się zgadzała i raczej niemożliwe by Justyna podała złą ilość potrzebnego materiału....
na sam koniec dywagacji wpadłam na genialny pomysł by zważyć to co mam – miałam po prostu mniej włóczki –  n i e/c a ł e 15 gramów!!!!
w trakcie wspominanego przeobrażania tej włóczki z jednej formy w kolejną  końcówki tych przeobrażeń były przecież przeze mnie skrupulatnie wyrzucane...no bo niby do czego miałyby się one nadać?


czyżby mój l o v e s  chciał być dalej kłębem? o nie !!!!
prułam trzy razy, modyfikowałam by najpełniej zachować oryginalność projektu...
z duszą na ramieniu skończyłam
udało się:)
tyle mi zostało:

zwitek już nie do wyrzucenia!!!


to się nazywa dzierganie z emocjami:) nie do końca chcianymi
efekt finalny na szczęście wynagrodził mi bóle tworzenia
lubię tą chustę bardzo, bo jak już zdążyliście mnie poznać – lubię po porostu chusty – ta pierwsza w wydaniu bulky jest świetna – klasyczny trójkąt, którego początek został tak pomysłowo skonstruowany, że chusta idealnie trzyma linie prostą do tego genialne ażurowe wykończenie i otwarte narzuty, które w tym przypadku nie są przesadzone
pewnikiem powtórzę ten projekt...zaopatrzona w odpowiednią ilość włóczki rzecz jasna:)






*niepotrzebne skreślić

**jasne, że 15 metrów + _ : x = mały kawałek rzędu...

ale mi się za nie dostało;/
w ramach usprawiedliwienia tego niecnego postępku mogę dodać iż nie był to akt wyrzucenia jednorazowo 15 metrów – wspomniane dzierganie z tej włóczki kolejnych projektów owocowało w końcówki nie do zagospodarowania....
naprawdę żadnej pozostałości dziewiarskiej nie zdarzyło się Wam nigdy wyrzucić?






piątek, 4 marca 2016

sprawozdanie

ze spotkań z ł u c z n i k i e m
czyli co uszyłam w przeciągu ostatniego półrocza
tak więc:
nie była to żadna forma odzieżowa, ani nawet poprawka takowej formy, których trochę się nagromadziło – wciąż krawiectwo odzieżowe budzi więcej technicznych obaw zniechęcających mnie do działania
pozostały formy użytkowe: albo raczej wariacja na temat  jednej formy: torby podróżnej, której pierwsze wydanie miało swoja blogową premierę
od tamtego czasu powstały kolejno trzy (choć w rozciągniętym dość czasie): dwie mniejsze szkolne i jedna lotniskowa ( tzn: spełniająca wymiary małego bagażu podręcznego)
wszystkie jednakowo maja ta samą konstrukcję (przy czym szkolne są mniejsze) i różnią się detalami wykończenia i tkaninami – choć i tu motywem przewodnim był dżins: materiał nr 1 we wszystkim i do wszystkiego:)


torba nr 1(2) – wydanie szkolne: mocno eksploatowana – dżins znosi dzielnie korytarzowe i inne poniewieranie:) jedyne co po pół roku wymagało poprawy to wzmocnienie uchwytów...


dżins lubię tak bardzo, że z równym zachwytem traktuję stronę lewą jak i prawą: może nawet bardziej lubię lewą (zupełnie tak jak w dzianinie – więcej like'ów płynie w oczka lewe niż prawe)
nie wiele się więc namyślając odwróciłam ten prawie czarny granat na  druga stronę dodając mu fioletowego wypełnienia


szczególnym dodatkiem do tego wydania był dodatkowy długi pasek....okazał się mało praktyczny i nie jest używany przez Siostrzenicę, dla której tą torbę uszyłam:)




Torba nr 2(4 ˜– powstała ostania w kolejności): również szkolna, również dżinsowa powstała dla przyjaciółki Siostrzenicy...


Tu z pełną premedytacją połączyłam pozostałości dżinsu po torbie pierwszej (mojej prototypowej) i drugiej (patrz wyżej:) uwydatniając ich prawą stronę i bardzo mi się to połączenie spodobało. Prosty i niezwykle ciekawy efekt wzbogacony jasnym szwem...




Wnętrze musiało zostać wypełnione choćby namiastką kwiatków – udało się znaleźć pasującą flanelę.
Kieszonkę upiększyłam guzikową listwą ze starej męskiej koszuli – i w zasadzie mogłam zrobić jeszcze dziurki do zapinania owej kieszonki....no ale dopiero teraz na to wpadłam...


Torba nr 3(2); lotniskowa, nie dżinsowa (choć to równie mocna bawełna), kwiecista zgodnie z życzeniem Siostry:








Jako uzupełnienie tej torby powstała jeszcze pomniejsza siatka zakupowa:





w tak zwanym międzyczasie  powstała też inna siatka zakupowa – niezależna i nieskompletowana:








*
Podsumowując: zadowolona jestem z efektu tych spotkań:) mój nieprofesjonalny łucznik zdecydowanie mniej: przy ostatnim podejściu zaczął buntowniczo przepuszczać szwy...doświadczenie podpowiada mi czarny scenariusz.....postanowiłam go delikatnie odstawić do szafy – niech odpoczywa i zbiera metalowe wnętrzności do roboty...będzie mi jeszcze przecież potrzebny.

**
Na weekend zarzuciłam Was zdjęciami szmatek bez upubliczniania nielubianych grymasów:/ fajnie jak dotrwaliście do końca:)

☼ 
 m i ł e g o   w e e k e n d u

wtorek, 1 marca 2016

r o s y r o a d


szumna nazwa prostego w efekcie udziergu – skarpetek mianowicie: w ilości dwóch par

jakiś czas temu zachciało mi się mieć własne – przez lata dziergania jeszcze takowych nie poczyniłam:)
te też jeszcze nie są moje
a szkoda;/



do ich powstania silną inspiracją były skarpetki IZUSS – wydziergane od palców w górę, z piętą uformowaną za pomocą rzędów skróconych – i tu poczyniłam mała modyfikację w postaci podnoszenia oczek w&t – dzięki temu zabiegowi nie ma widocznych pętelek wokół prawych oczek


technicznie sposób idealny – dość prosty i efektowny
jedyne co mnie trochę rozczarowało to kolory fabela, z którego skarpetki powstały – zwinięta w motek nitka prezentuje się o wiele ciekawiej niż przerobiona w paski...po zetknięciu z bogactwem odcieni w mille colori baby czegoś mi tu po prostu brakuje...


te dwie pary podsyciły chęć posiadania własnych jeszcze bardziej....i choć nie nastąpi to w najbliższym czasie to w końcu się doczekam...ale póki co – jak to mówią: szewc bez butów chodzi ;)