środa, 24 lutego 2016

spacer


zawzięłam się i wyszłam z czeluści blokowiska na otwartą i niezwykle (choć w naszym nadmorskim rejonie powinnam napisać: jak z w y k l e) wietrzną przestrzeń...
zmarzłam
bardzo
pomimo tego poczułam wiosnę w powietrzu...


wyszłam opatulona moim codziennym zestawem dziewiarskim eksploatowanym w tym  przedwiosennym sezonie dość intensywnie:





całkiem niedawno przy  okazji przeglądania zapomnianych zapasów włóczkowych trafiłam na włóczkę w inspirującym i pożądanym od dawna kolorze atramentu...przy odrobinie wysiłku ustaliłam jej pochodzenie: m o h e r e k anilux 40% akrylu:/ 36% moheru i 24% wełny




spruta i dość szorstka nitka podziałała na moja wyobraźnię i postanowiłam przeobrazić ja w coś użytkowego..... pozostając w zachwycie nad ostatnią moja chustą wydziergałam formę mocno inspirowaną g d a ń s k i e m 
 

chusta pozbawiona efektownych wstawek i dodatkowego koloru – czysty błękit w oryginalnej formie skoszonego trójkąta....



duża, ciepła i trzymająca formę szczelnego otulacza – bo blokowaniu zupełnie przyjazna dla ciała...



wraz z nieśmiertelnymi  mitenkami z aplaki w zestawie znalazła się całkiem nowa czapka według  projektu Hani Maciejewskiej l o n g   w a l k s:




wydanie trzecie powstało z a r r o y o  malabrigo, w  kolorze escorias, w ilości jednego motka
kolor uniwersalny pasujący do wszystkiego, podobnie jak nieśmiertelna szarość, z której powstało wcielenie czwarte tego projektu:


czyli druga czapka dla Siostry:)
to recykling części z nieudanego – testowego wydania sprutej chusty b r i c k s 


co do włóczki f a n t o m a s lang'a, z której powstała – nie mam zdania ...albo inaczej mam niejednoznaczne zdanie: w chuście na pewno się nie sprawdziła, w czapce być może już tak...
tak czy inaczej sprawdzi się w formie, w której zaletą a nie wadą będzie jej delikatna szorstkość, której nie zniwelował e u c a l a n

ale kolor ma piękny – pewnie się zdziwicie – ot szary...ale to bardziej kolor spatynowanego srebra, którego pełni uroku nie był w stanie oddać aparat....


na warsztacie pozostało mi jeszcze jedno zimowe akcesorium, które miało zniwelować dość problematyczny zakup paradoksalnie ciekawej włóczki....zalega ona  u mnie już ładnych kilka lat i pomimo znalezienia trafionego (zdawałoby się) projektu nie jestem pewna czy będzie to szczęśliwe zakończenie...

tymczasem wypatruję wiosny ;) d o   z o b a c z e n i a





wtorek, 2 lutego 2016

paski



ostatnie refleksje w kwestii pasków były takie, że ich nie lubię...szczególnie tych szerokich; choć wiele paskowych swetrów potrafi mnie zachwycić, to poprzestaję na owym zachwycie...
zanim owo stwierdzenie nabrało mocy sprawczych udało mi się  stworzyć dwa autorskie projekty "paskowe" o wdzięcznej nazwie striped code#1 i #2, z których jestem n i e z m i e n n i e dumna. Osobiście się w  nich nie czuję ale z powodzeniem nosi je moja Siostrzenica i szczególnie w tym drugim wygląda uroczo:)

a czemu o paskach: bo paski to minimum dwa kolory: a czy jak są dwa kolory włóczki to muszą być paski...no nie muszą absolutnie...
sięgnąwszy do wirtualnej biblioteki wzorów znalazłam kilka ciekawych inspiracji w efekcie, których narysowałam sobie to:



....tyle, że to oznaczało z s z y w a n i e – czynność która skłoniła mnie do odstawienia dziewiarstwa na dluuugi czas...
dłuuugo też więc analizowałam czy ja chcę ten projekt wcielić w życie...

 
*

wcieliłam
razem z postanowieniem nieprzywiązywania się do własnych ułomności:)
do tego postanowiłam na przekór ów niechciany zabieg wyeksponować i oto mam: mój pierwszy od niepamiętnych czasów zszywany (częściowo – ale jednak z s z y w a n y) sweter:


w mojej głowie powstał jako recykling riosa malabrigo ze sprutej chusty (której pruć już nie miałam)  – a że wiedziałam, że 3 motki paris night to za mało dokupiłam dwa pearl ten...w zasadzie nie wiem czemu w innym kolorze (u mnie pozbywanie się niechcianych "ufoków" kończy się zazwyczaj nowymi zakupami...i gdzie tu ekonomia?:)


na własne usprawiedliwienie dodam, że sweter służy mi bardziej niż wspomniana chusta:) aczkolwiek zaliczyłam kilka potknięć przy jego realizacji:


po pierwsze dekolt przodu: mogłam go zrobić głębszy bo nie do końca podoba mi się jak się układa...
po drugie dekolt tyłu: wyszedł mi za luźno, co sprawiło, że się zawijał do środka; postanowiłam go usztywnić za pomocą szydełka – w grę jednak nie wchodziło "obrębianie"...poprowadziłam więc oczka łańcuszka wzdłuż linii dekoltu nitką w kolorze  przodu i teraz jest dobrze:)
do tego skórzana metka no/name...namiastka koloru trzeciego, którego w trakcie pracy zaczęło mi brakować...bo trzy jakoś lepiej mi się komponują niż dwa...





paradoksalnie dużo się dzieje w tym prostym fasonie bo zanim zamknęłam całość metką to dla urozmaicenia wymyśliłam sobie efekciarskie rozporki; i dłuższy tył, który mógł być jeszcze dłuższy ale włóczki bazowej nie starczyło...




za podstawową zaletę projektu uznaję morze lewych oczek......które według mnie nadają tym ręcznie farbowanym włóczkom impresji:)) – i celowo użyłam tego malarskiego określenia podkreślając moją fascynację do wysublimowanych kolorów – nieoczywistych i ukrywających całą paletę barw...


riosa lubię bardzo; choć ten pruty chyba już pięć razy granat nosi widoczne znamiona zużycia o czym już wspominałam...
do wydziergania chusty pewnie go już nie użyję, ale jakiś ciepły sweter jeszcze kiedyś z riosa powstanie:)

wykreśliłam kolejny punkt z listy poprawek i niwelowania zgromadzonych zapasów; na brakujące miejsce wskoczył projekt następny....mam ciche marzenie by się ta lista w tym roku skończyła choć robię trzy kroki do tyłu i jeden do przodu....zastanawiam czy to kwestia organizacji czy priorytetów, że idzie mi to tak opornie...